Królowa Dram

Wyobraźcie sobie, że jesteście ofiarą losu, Wasze życie to istny cyrk na kółkach a czyhający zza rogu pech czeka, by wystrzelić z impetem. Jeśli nie potraficie wyobrazić sobie tak dziwnego połączenia, to ułatwię Wam sprawę. Oto jestem ja. Może niekoniecznie ubrana cała na biało, ale zawsze wjeżdżam w to całym sercem. Przyjaciółka pieszczotliwie nazywa mnie królową dram, a mi nie pozostaje nic innego jak uśmiechać się i robić, to co zwykle.

Jakiś czas temu moje życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, ale nie zmieniło się to, że zawsze coś spieprzę, od błahostek po sprawy ważne i ważniejsze. Stres zjada mnie na każdym kroku, a wraz z nim sięgam życiowych porażek. Jednak wiecie co? To nie powód do zmartwień. Internetowym guru również nie jestem i być nim nie zamierzam. Ba! Może składają ładne zdania, przez co ludzie wierzą w ich słowa, ale w większości mijają się z prawdą.

Co mogę powiedzieć Wam ja? Jestem kłębkiem nerwów, wiecznych analiz i niekoniecznie mądrych pomysłów. Lubię popełniać błędy i wyciągać z nich wnioski (ten etap następuje zazwyczaj trochę późno). Moim odwiecznym przyjacielem jest stres, który towarzyszy mi od wczesnych lat dziecięcych aż po dziś.

Zaczęło się w gimnazjum, kiedy miałam problemy z recytacją wierszy i jako jedyna mogłam spoglądać w ściany i sufit. Kolejny etap zażenowania dopadł mnie na egzaminie na prawo jazdy, gdzie zapomniałam, jak się nazywam, a później nie wiedziałam, w którym miejscu znajduje się płyn do spryskiwaczy. Swoją drogą egzamin na prawo jazdy to zmora mojego życia. Bardzo lubię jeździć autem, ale to jeden z tych egzaminów, których nie chciałabym powtarzać. Następny moment przyszedł na maturze ustnej z polskiego. Spojrzałam na komisję i czar prysł. Nagle zapomniałam, o czym była moja praca i co w niej zawarłam. Wierzcie mi lub nie, ale po cichu odliczałam czas do autodestrukcji.

Najgorszy etap nastąpił na studiach. Zacznę od tego, że z całego serca nienawidziłam wystąpień publicznych i wszelakich prezentacji, a ich niestety było od groma. Pewnego dnia przyszła do nas nowa Pani Doktor od ekonomii, kazała przygotować prezentację na kolejne zajęcia. Wyobrażacie sobie, jak wyglądał mój entuzjazm? Prezentacje przygotowywaliśmy w parach. Natalia, z którą robiłam prezentacje, czuła się jak ryba w wodzie, a ja wręcz przeciwnie. Czułam, że lada chwila spłonę. I w sumie tak się stało.

Wyszłyśmy na środek. Poczułam, jak przeszywa mnie fala gorąca, która dobrowolnie rozpływa się po całym ciele. Następnie zatrzymuje się w klatce piersiowej i uderza z impetem. Tak, było fatalnie. Przed oczami mroczki, w głowie helikopter i kołatanie serca. Wybiegłam z sali w połowie prezentacji i miałam ochotę już nie wracać. Niestety, prezentacja mnie nie ominęła. Gorzej, musiałam zrobić nową i przedstawić samodzielnie przed całą grupą.w

Jednak jakoś nauczyłam się z nim żyć. Fakt, stres potrafi dodać mojemu życiu intensywniejszych barw. Powiedzmy, że poznaję nowych ludzi, co wtedy? Już mówię. Na początek następuje dokładna analiza otoczenia, badanie terenu. Następnie palnę kilka beznadziejnych tekstów. Jednak najlepsze w tym wszystkim jest to, że docierają one do mnie po czasie.

Czasem mój mózg głośno krzyczy: Patryśka, obudź się! Ale niestety, nie zawsze działa to, jak powinno. Zazwyczaj budzę się z kacem moralnym i potworną analizą wypowiedzianych słów bądź wykonanych ruchów. Wspomniana Królowa Dram, którą nazywa mnie przyjaciółka (Spychałci, buziaki!) to zbiór wszelakich emocji, niekoniecznie pozytywnych i oczywiście nieidealnych. To osoba, o której nie do końca lubię mówić, bo nie do końca w nią wierzę, ale powoli się tego uczę.

You Might Also Like...

No Comments

    Leave a Reply